wtorek, 14 października 2014

Z widokiem na Parlament

Każdy ma jakiegoś bzika... Mnie odpaliło ostatnio na punkcie keszowania. Jest to wybitnie fantastyczna gra, w której absolutnie każdy może brać udział. Warunków nie ma, aczkolwiek dobrze jest mieć dostęp do internetu:) Przydaje się również GPS - aczkolwiek są i tacy, którzy i bez tych udogodnień dają radę perfekcyjnie.

W związku z wymienionym powyżej bzikiem, zamiast pójść po pracy prosto do domu, jak pan Bóg przykazał, potupałam sobie wzdłuż Albert Enbankment, za którym pluskała sobie Tamiza... Kesz po którego się wybrałam, opisany został jako "najpiękniejszy widok na parlament - uwielbiam to miejsce". Keszerka, która ten miły kesz założyła, porusza sie na wózku inwalidzkim, prowadzona przez przyjaciela, ślicznego Goldena. Fakt braku pełnej sprawności fizycznej założycielki nie powinien mieć znaczenia, ale ma. Ma - bo oznacza że nie musisz się wspinać po drzewach, być w pełni sprawności fizycznej, posługiwać się 10 językami i mieć opanowany komputer. Nie musisz. Wystarczy że chcesz.


Widok na Parlament jest rzeczywiście oszałamiający.... Szczególnie nocą.
W dzień zapewne jest szaroburo - jak to w Londynie.
Ale nocą - Parlament, niedaleko świecąca tarcza Big Bena, a z drugiej strony City i nowoczesne budynki, w których prowadzi się biznesy.

Keszyk został namierzony i podjęty nie bez trudu - niby banalna lokalizacja, niby wiadomo gdzie jest. Niby wiadomo, że MUSI być magnetykiem i MUSI być przyczepiony z tyłu takiej wielkiej, czarnej metalowej skrzynki, której przeznaczenia jeszcze nie pojęłam (pewnie jakajsik tam elektryka, obca mej duszy). Fajnie - tylko go znajdź! 15 minut macania, szukania, oglądania...

Któryś raz w Londynie przebiegło mi przez głowę, że terroryści w tym mieście mają naprawdę ułatwione zadanie. W Polsce by mnie zaraz jakiś miły policjant shaltował z zapytaniem "a czego Pani tu właściwie szuka?". Tak jak kolegę mojej siostry (też keszera jak się okazuje), który z obłędem w oku obmacywał Mickiewicza czy innego Jagiełłę pod szatą. Ale to tak nawiasem.

czwartek, 25 września 2014

Ruislip - the church in West London


The text and photo comes from:

The Norman lord, Ernulf de Hesdin, granted the manor of Ruislip and probably its church to the Benedictine monks of Le Bec-Hellouin in 1087. Officials administering this alien priory’s English lands had a small chapel at Manor Farm. Bec’s prestige and a population increase apparently caused the church’s enlargement, but later heavy taxation of alien priories brought about disrepair and confiscation. By 1422, John, Duke of Bedford granted the church’s income to the Dean and Canons of Windsor, who continue to appoint the vicar.




Medieval features survive, notably wall-paintings, two piscinas, a priest’s door and two wooden chests. 15C expansion included a north vestry (demolished) and a tower with later bell-chamber currently housing eight bells and a 19C clock. There are 15C and 16C references to chantry priests. Furnishings include monumental brasses, linenfold panelling, 17C pulpit and livery cupboard, wall monuments and funeral hatchments. The stained glass windows are of 19C and 20C.



Around 1870, Sir Gilbert Scott and Ewan Christian restored the church. A west porch and two lych-gates were added, followed by a 20C vestry, sacristy and hall. The larger former parish is now sub-divided.

piątek, 6 czerwca 2014

Na początku było metro....

Lat temu... dawno...
Wykopano pierwsze tunele, potem stacje. Niektóre mają po dwa poziomy, dla łatwiejszej komunikacji. Poszczególne stacje połączono chodnikami i przejściami podziemnymi, dzięki czemu przejście między poszczególnymi liniami metra stanowi miętę z bubrem...
Do stacji doprowadzono schody, windy i schody ruchome. Kiedy wszystko było gotowe i działało prawie bezbłędnie, całą konstrukcję przysypano ziemią i na tym wybudowano miasto. Londyn.



Tak powinna wyglądać historia londyńskiego metra.

Tak jednak nie było. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że na początku było metro.... takiej organizacji jak tutaj, nie można spotkać nigdzie indziej. Poszczególne linie są połączone ze sobą w sposób lepszy od pajęczej sieci. Podróżowanie metrem i koleją to tutaj czysta przyjemność. Problem polega tylko na koszcie transportu, który jest kosmicznie wysoki. Jednakże, jeśli coś jest dobre, należy za to zapłacić:) Ale to na marginesie....

Londyńskie metro jest największym metrem na świecie i wcale nie dziwi, że podróżuje nim codziennie ok 3 milionów podróżnych. Nie ma lepszej, szybszej i mniej awaryjnej metody podróżowania po Londynie. Przykładowo - podróż z III strefy do London Bridge zajmuje... 12 minut. Autobusem można jechać godzinę, ale tylko kiedy nie ma korków. O samochodzie, w Londynie właściwie można zapomnieć.

Są chyba tylko dwa minusy - jedno to upał podziemny. Polscy dziennikarze z polskiej gazety w Londynie lubują się w nagłówkach typu "Piekło w londyńskim metrze"... Nie byłam w piekle - jeszcze. Ale sądzę że temperatura może być podobna.... Na zewnatrz chłód i wiatr, a w metrze? Karaiby, panie,.... właściwie można by było podróżować w dwóch strojach - jeden na zewnątrz, drugi do metra. Chociaż w tunelach łączących poszczególne perony panuje temperatura z gatunku przyjemnych....



Co ciekawe - rozsuwane drzwi w metrze, zastosowane już w 1921 roku (nieco ponad 10 lat przed zamontowaniem uchwytów dla osób podróżujących na stojąco - co niewątpliwie oznacza, że wcześniej nie było potrzeby stać - zapewne podróżnych było duuużo mniej... ), otwierają się równocześnie z szklanymi (bądz z plexi) drzwiami, w ścianie oddzielającej peron od torów. Do tej pory nie mam pojęcia, jak taka koordynacja jest możliwa. Pociąg zatrzymuje się w konkretnym miejscu, gdzie drzwi pociągu idealnie pokrywają przesuwne drzwi w ścianie. Tu tkwi jakaś tajemnica techniczna, której swoim umysłem humanistycznym objąć nie mogę.
Wygląda to tak, jakby pociąg jechał, powoli hamował, a potem niewidoczne ręce  zatrzymywały go w konkretnym miejscu - jakiś stoper czy co? Ani milimetra dalej czy bliżej. I nie ma żadnego zatrzymywania się i cofania do odpowiedniego miejsca. przód, tył. Motorniczy zatrzymuje pociąg w konkretnym miejscu od pierwszego kopa. Nawet nie potrafię tej zawiłości technicznej dokładnie wytłumaczyć, a co dopiero pojąć.



Niewiele się pomyliłam, myśląc, że metro ma dwa poziomy. Generalnie - nieco ponad połowa linii metra (UNDERGROUND - czyli pod ziemią...) sunie torami NAD ziemią. Ale to tak na marginesie. To co pod ziemią dzieli się na dwie strefy. Jedna płyciutka: (sub-surface), na głębokości ok. 5 metrów pod poziomem ziemi. Oba tory położone są w jednym tunelu.
Stoisz sobie zatem, drogi podróżny, na peronie Jubilee Lane na stacji London Bridge...  O! przyjechał pociąg do Stradford. Ale przecież chciałeś jechać w drigą stronę. No to siup - po prostu się odwracasz i już jesteś na drugim peronie. 

Gorzej, jeśli jedziesz tzw. deep line. Aaa tu tak łatwo nie jest...


Po pierwsze jesteś 20 metrów pod ziemią (to właśnie te pociągi, w których atakuje Cię upał. Nawet w zimie). Ponoć tory drążono za pomocą specjalnego sprzętu - ktoś coś mówił o jakiejś tarczy, ale wg mnie to musiała być mega wiertarka.... Od tych linii metro londyńskie wzięło swoją nazwę - Tube. Tunele mają bowiem charakterystyczny półkolisty kształt. Jak rura.

Żeby przejść na inny tor, peron czy stację , musisz opuścić ten na którym jesteś - czyli prawdopodobnie musisz się wydostać na górę i znów w dół. Brzmi okropnie?

Tylko, że komunikacja między peronami i stacjami jest taka, ze nie zauważa się w ogóle jakichkolwiek niedogodności. Większość sprzętu  jest zelektryfikowana i ruchoma. Część nie. Ale żeby się zgubić pod ziemią to trzeba albo nie patrzeć w ogóle albo spać na stojąco. Bo nawet jeśli nie umiesz czytać, to kolory oznaczające poszczególne linie atakują Cię ze wszystkich stron (w wagonach metra nawet uchwyty są tego samego koloru co barwa danej linii). 

Drugi minus, choć niewielki, to możliwość ataków terrorystycznych. Dlaczego niewielki?- dlatego bo atak terrorystyczny może nastąpić wszędzie, choć Londyn jest dość narażony. Ze względu na ogromną liczbę imigrantów i mnóstwo odmian różnych religii. A pod ziemią się łatwiej wybucha niż nad ziemią. Ponoć:)
Prawdopodobnie jednak terroryści o tym nie wiedzą, bo oprócz kilkukrotnych ataków IRA, metro londyńskie było miejscem ataku terrorystycznego w 2005 roku (dwukrotnie). Osobiście uważam, że jak na tak długi życiorys metra i ilość ludności przeróżnych religii i narodowości, nie jest to jakaś oszałamiająca liczba.
Aczkolwiek - drodzy terroryści, nie czujcie się wywołani do odpowiedzi... Proszę.







Historia metra londyńskiego w wikipedii:

http://www.londontransport.info/ - london transport info

https://www.tfl.gov.uk/cdn/static/cms/documents/standard-tube-map.pdf - standard tube map

A tutaj znajdziecie nazwy i kolory linii londyńskiego metra (źródło Wikipedia)

Bakerloo Line - brązowy

Central Line - czerwony >> zobacz posty wzdłuż Central Line

Circle Line - żółta >> zobacz posty wzdłuż Circle Line

District Line - zielony >> zobacz posty wzdłuż District Line
Hammersmith & City Line Różowy
Jubilee Line Srebrny
Metropolitan Line Purpurowy
Northern Line Czarny >> zobacz posty wzdłuż Northern Line
Piccadilly line Ciemnoniebieski
Victoria Line Jasnoniebieski
Waterloo & City line4 Morski

wtorek, 8 kwietnia 2014

Wiatr urywa głowę...

W pierwszym dniu pobytu w Horton in Ribbesdale miałam sobie pójść jedynie zobaczyć wioseczkę. Taki orientacyjny spacerek co i jak. Gdzie sklep, gdzie kościół, gdzie komisariat... - no takie tam, drobiazgi:) Wyszło jak zwykle.

Przed centrum informacji turystycznej (we wtorki zamknięta, a dziś wtorek), stał sobie drogowskaz. Przemknęło mi przez głowę, że właściwie... niby przygotowana nie jestem, ale ostatecznie i bez przygotowania specjalnego, w górki o wysokości niecały kilometr chyba skoczyć mogę. Co też uczyniłam.

Barni twierdzi, że... jeszcze Aston i będzie Skyfall. Ja twierdzę, że Bonda mi brakuje do kompletu.
Miałam rzecz jasna nie dochodzić na sam szczyt, bo przecież ani wody, ani czekolady nie miałam przy sobie. Ale potupałam w kierunku Birkwich Moor, czyli wrzosowiska odległego o niecałe 3 kilometry.

Nie jestem pewna czy Pennine Way można przetłumaczyć jako drogę Pennińską - dziwnie kojarzy mi się z Apenińską:) - zostawmy może zatem oryginalną nazwę. A zatem  - idę sobie Pennine Way, pięknie wyłożoną kamyczkami, wzdłuż muru kamiennego, przeplatanego, rzecz jasna, drutem kolczastym. Za murem stoją sobie owieczki i beczą. Jagnięta usiłują dostać się do jedzenia, podszczypując mamy, ale mamy jakoś niechętnie do tego cycka dopuszczają. Jagnięta skaczą, beczą, meczą, i z zainteresowaniem oglądają indywiduum, które je podgląda zza muru. 



Oszałamiającego tłumu nie ma - ot kilkoro turystów w różnym wieku, wyglądających tak, jakby właśnie zdobywali Everest - co jest zrozumiałe, bo im wyżej, tym bardziej piździ (z przeproszeniem).

Im wyżej, tym bardziej wieje. Pogoda zmienia się co pięć minut - od prześlicznego słońca, po mżawkę, aż po deszcz (nie było tylko ulewy). W takich warunkach potrzeby fizjologiczne odzywają się ze zdwojoną siłą. A tu, z przeproszeniem, nie ma gdzie się wysiusiać. Albo mur, albo ruinki - ewentualnie można przesadzić drut kolczasty i usiłować się schować za owcą. Ale jak owca odbiegnie, to nawet porządnej zasłony nie ma:) 

To tak na marginesie, ale szerokim marginesie, bo ten problem zajmował mi głowę (i nie tylko głowę) od wejścia na Pennine Way aż po koniec muru.

Skończył się mur. Chmury zasłoniły słabiutkie słońce i runął grad.

No dobra - gradzik. Niewielki. Ale zawszeć.

Skończył padać grad, wyszło słońce. I tak w kółko Macieju.



Kiedy wyszłam już trochę wyżej, widoki jakie zobaczyłam, zaparły mi dech w piersiach. Ja się wcale nie dziwię, że w tych terenach powstawały opowieści krew w żyłach mrożące (choć akurat pies Baskervillów powstał w okolicach Devon'u).  Nie zdziwiłam się też, kiedy zobaczyłam łopatę opartą o mur. Pierwsza, niekontrolowana myśl brzmiała... "Ciekawe, gdzie zakopali trupa". Taaak - w tym terenie łatwo myśleć o morderstwach:)

Do szczytu został mi jeszcze nieduży odcinek dróżki. Można było iść obsypaną kamieniami drogą, ale można było też iść ścieżką, wydeptaną w trawach połonin. Niby wiem, że to nie połoniny, ale jednak te przestrzenie przywodzą na myśl jedynie Wetlińską, Rawki i Bukowe Berdo. A właściwie, gdyby nie ten mur przeciwwiatrowy, to najbardziej przypominałyby te tereny Połoninę Bukowską i Kińczyk Bukowski. To nie jest nadinterpretacja spowodowana odgłosami serca ("co to znaczy bum, bum?"), tak naprawdę jest. Tylko że tu te przestrzenie są mniej ludne - to znaczy zdecydowanie mniej turystów można tutaj spotkać.


Z drugiej strony wietrznego szczytu Pen-y-Ghent, przed oczami pojawia się krajobraz zupełnie jak z Babiej Góry. Gdyby były tu łańcuchy, spokojnie można by było porównać zejście ze szczytu z Percią Akademików. W pewnym momencie nie wiedziałam nawet, którędy prowadzi ścieżka. Przy czym słowo "ścieżka" jest tu zdecydowanie niedociągnięciem semantycznym. Po prostu kamienie ułożone przez wiatr i wydeptane przez kilka tysięcy ludzi rocznie. Dokładnie nie wiem ilu ludzi wchodzi na ten szczyt, ale spodziewam się ilości porównywalnych z Babią Górą. Dlaczego? Otóż okolica słynie z trzech Peaków - każdy z nich ma ponad 2000 nad poziomem morza. Tylko, że stóp:) W metrach to wychodzi nie więcej niż 700 metrów. Co nie zmienia faktu, że wysokość bezwzględna jest porównywalna.

Pen-y-Ghent w pełni zasługuje na swoją nazwę. W dialekcie z Cumbrii, Pen oznacza głowę lub wzgórze. To jest w miarę pewne - zresztą, wystarczy popatrzeć na inne nazwy regionalne, w jakiejkolwiek części świata, żeby wiedzieć, że jak coś wystaje ponad normę, to musi być oznaczone specjalną nazwą. Zatem tłumaczenie pierwszej części nazwy nie wzbudza specjalnego sprzeciwu.

Z drugą częścią jest zdecydowanie gorzej. Wikipedia angielska podaje dwie opcje. Jedną jest "granica", dzięki czemu Pen-y-Ghent oznaczałoby "wzgórze na granicy" . Druga wersja optuje za wszelkimi odmianami wiatru lub wiatrów . Ponoć "gwynt" - nie mylić z gwintem- wywodzi się dla odmiany z języka walijskiego.

Po pobycie na szczycie jakoś bardziej wiarygodna wydaje mi się wersja z "Głową Wiatrów".

środa, 2 kwietnia 2014

Chodzenie bez szlaku kończy się... jak zwykle

Polskie chodzenie bez szlaków jest jednak łatwiejsze...
Teoretycznie wszędzie tutaj biegą foothpathy. To właściwie chodzenie bez szlaku, bo footpathy nie mają ani przygotowanej nawierzchni, ani specjalnego oznaczenia. Ot ścieżka, po której można iść. Ścieżka wydeptana przez ludzi - mniejszych lub większych turystów.
I byłoby tak pięknie, gdyby footpath nie zniknął nam w polach.



Chciałam pójść na spacer nieco inaczej - wybrałam kierunek: pola. Byliśmy tam wcześniej, tylko wówczas pańcia Angusa zawiozła nas tam samochodem. Dziś pokonywaliśmy ta drogę pieszo. Znalazłam mostek przechodzący na drugą stronę autostrady - po drugiej stronie bowiem znajdowały się upragnione pola. No i foothpath nagle się zdematerializował. Chociaż nie do końca. Footpath biegł nadal, tylko w kierunku słabo nam odpowiadającym (oznaczenie też pozostawiało wiele do życzenia - widocznie mało kto tędy chodzi). Wkopaliśmy się zatem w orne pole, gdzie bażanty i kuropatwy uciekały Angusowi sprzed pyska.
Nadrobiliśmy jakieś 1000 metrów usiłując znaleźć wyjście z pola, w które weszliśmy, nie mogąc wyjść.
Drugi etap był znacznie gorszy - pobiegaliśmy po polach, Angus znalazł kolegów, ja nie znalazłam keszyków - i już wracaliśmy (do domu mając jakies 3 km)... No i wkopalismy się w mostek.


Wychodząc z domu oznaczyłam sobie przejścia przez autostradę. Nad drogą najczęściej przechodzi mostek dla pieszych i lokalnego ruchu samochodowego. Czasem droga lokalna biegnie pod autostradą. Wyczaiłam na mapie drugi mostek, którym mieliśmy przejść. Widziałam go nawet w rzeczywistości. Z tym, że wejście NA mostek zajęło nam bitą godzinę. Na mapie jest, w rzeczywistości jest. Tylko że dojście na mostek i zejście z mostka jest obrośnięte hasiorami. Po takich hasiorach to ja jeszcze nie chodziłam. Może kiedyś... ale to było kilka metrów!


Hasiory biegły środkiem, a po bokach zadziwiająco dobrze trzymające się płotki drewniane. Prawdopodobnie pozostały one z czasów, kiedy mostek był używany. 
Problem polegał też w wielkości mojego towarzysza - ja bym ten płotek pięć razy przeskoczyła, Zuzka i Fisiek przelazłyby dołem, ale Angus się nie mieścił. Znaleźliśmy w końcu dziurę w płocie i zeszliśmy z cholernego mosteczka.
I już się wydawało, że najgorsze za nami. A ono się dopiero zaczęło.
Byliśmy na polach. Prywatnych.
Przez które mogliśmy sobie łazić do oporu - opór stanowiła zamknięta brama.
Zawróciliśmy.
Poszliśmy drugim polem. Też mogliśmy łazić do oporu - opór nastąpił jak powyżej.
Wokół cholernego pola rozciągnięty był drut kolczasty, siatka stanowiąca zabezpieczenie, aby owce nie wyłaziły. A naokoło tarnina - pierońsko koląca.

The Westerham Valley Railway



This branch line that ran from Dunton Green to Westerham stopping at Chevening and Brasted opened on 6th July 1881.

The map of Railways - comes from Wikipedia
When the first train arrived at Westerham there was a typical Victorian pomp and ceremony, flags flew and fireworks lit the sky and the band played on the green. Speakers at a special banquet looked forward to a fresh era of prosperity for the town with new industries growing and thriving through improved links with the Capital.

Westerham station in c1902 - the photo comes from Wikipedia
But it all ended 80 years later on the 26th October 1961 when the line was closed despite heroic efforts to save it. Walking along the old line from Dunton Green you can see one or two relics left from this bygone era which were once part of the branch line infrastructure a metal gate and the bank down and up where once a bridge would have stood that crossed the river each side of the embankments are the old concrete posts that held up the fence and further up there is a concrete block with four metal rods coming out of the top this was a post base for a signal for the trains to see and I am sure you can even smell the coal and soot as you walk along the narrow footpath on the track bed which is now covered with trees.


The text comes from: https://www.geocaching.com/geocache/GC3ERHP

If anybody is interested on this topic:

Wildlife reserve in Sevenoaks

Kent Wildlife Reserve has ample parking and a visitor centre. I recommend you take some time to visit the centre and also take along a pair of binoculars!

The map and text is coming from https://www.geocaching.com/geocache/GCWQGP
The reserve is open every day from dawn to dusk. No overnight access is permitted. There is no charge for entry but donations are welcome. There is very deep water and under 16's must be accompanied by an adult. Due to the fact that this is a wildlife reserve, absolutely no dogs or bicycles can be permitted anywhere in the reserve.

piątek, 28 marca 2014

Pies - najlepszy przyjaciel człowieka

"O  tym, czy jesteśmy ludźmi, decyduje nasz stosunek do zwierząt" 
 mawiała moja ukochana pisarka, Joanna Chmielewska
(cały tekst p. Joanny o psach, dostępny jest tutaj:
http://ciekawe.onet.pl/pies/artykuly/o-psach-z-joanna-chmielewska,2,4953193,artykul.html


Brytyjczycy zatem mają pełne prawo mianować się ludźmi. W hrabstwie Kent, gdzie aktualnie przebywam, co najmniej 70% psów spotykanych na ulicy to tzw. "rescue dogs". Oczywiście nie oznacza to, że psów rasowych tu nie ma. Są. Ale bardzo popularny obrazek to pies rasowy, za którym tupie mały kundelasek. Nie ma też nic dziwnego w całych stadach chodzących ulicami - całe stado obejmuje trzy sztuki najczęściej. Często też widać młode mamy z wózkami dziecięcymi i z dwoma niewielkimi psami na smyczy. 


W parkach wyznaczone są specjalne miejsca, gdzie pies może się wygonić. Taki teren jest ogrodzony, ale nie zamknięty na kłódkę. W pozostałej części parku (mówimy tu o parku miejskim) psy mają być UNDER CONTROLL, gdyż jest to park, z którego korzystają dzieci. Nikt nie mówi o konieczności wzięcia psa na smycz. Twoja sprawa jak kontrolujesz swojego psa.  

Za niesprzątanie po swoim psie - o czym informuje każda tabliczka w parku - maksymalna  kara wynosi 1000 funtów. (Spotkałam się też z tabliczkami informujacymi o karze wynoszącej 100 funtów. Jeszcze nie wiem, czym spowodowana jest różnica). I nie ma mowy o tym, że "ja, panie władzo, nie wiedziałam". Napisane jest? Jest. Każdy w tym kraju umie czytać? Umie. No to nie ma tematu - 1000 funtów i bez wymówek.

Są jednakże miejsca, gdzie psy muszą być na smyczy - są to miejsca obfitujące w zwierzynę leśną, na przykład jelenie. Ale też nikt nie mówi o zakazie wprowadzania psów (jak w Tatrach), tylko o konieczności używania smyczy. Jedyne miejsce, do którego psów wprowadzać nie wolno, to rezerwat dzikiego ptactwa. To też jest logiczne - w miejscu, w którym kaczek, łabędzi, czapli i perkozów jest od nakićkania i ciut, ciut... w miejscu, w którym dzikie gęsi chodzą po ścieżkach o pół kroku przed odwiedzającymi... w miejscu, w którym zające mają norki, a w nich młode, o pół kroku od ścieżki... niewprowadzanie psów jest absolutnie i w stu procentach zrozumiałe.

Na razie przynajmniej, w kwestii psów, nie spotkałam się z żadnym nielogicznym zwyczajem. To miłe.

środa, 26 marca 2014

Oto Angus



Oto Angus.

Angus - jak widać na zdjęciach - jest mądrym psem rasy Golden Retriever.  Ma dziewięć miesięcy i, co za tym idzie, jest niezwykle zabawowy. Podstawowa komenda, której Angus za nic nie rozumie, jest "don't jump" - to znaczy rozumie, tylko nie stosuje. 


Każdy człowiek idący po ulicy zasługuje, w jego mniemaniu, na buziaka. Każdy, kto tylko wykaże jakiekolwiek zainteresowanie (a trudno nie wykazać, bo piękność nieziemska z Angusa aż bije) prawdopodobnie chce się bawić - więc z bara go! a jak nie z bara, to z wszystkich czterech łap! Możliwie ubłoconych, bo przecież niemożliwe, żeby człowiek, mając do dyspozycji tak nieprawdopodobną ilość błota, chciał, tak sam z siebie, być czystym...

Angus - jak widać na zdjęciach - należy do psów taplających się. Im więcej błota - tym pies szczęśliwszy. 

wtorek, 25 marca 2014

Dogkeeper needed - czyli pies też człowiek...

Angus ogląda regaty.

Jak zostałam dogkeeperem? Przez przypadek. Dziki przypadek.

Mój kalendarz wykazywał bowiem dziury. Byłam zaproszona do Lesley do Royal Tunbridge Wells na tydzień w marcu. Pobyt u Lesley kończył się 20 marca. Natomiast od kwietnia miałam potwierdzoną pracę w Windermere (na "angielskich Mazurach") Ani jednego, ani drugiego terminu nie dało się przełożyć. Powrót do Polski na te 10 dni wiązał się z dodatkowymi kosztami (już o targaniu dwudziestoparo-kilogramowej walizki nie wspomnę w ogóle). Kombinowałam jak koń pod górę z pustym wozem - a to pojadę pozwiedzać Anglię, nocować będę pod chmurką albo w szkockich "bothies" (coś pomiędzy szałasami pasterskimi, a chałupami studenckimi), a może odwiedzę wszelkich możliwych znajomych po drodze, żebrząc o dach nad głową... Pomysłów miałam mnóstwo, ale żaden tak naprawdę nie nadawał się do realizacji.

Z pomocą przyszedł mi przypadek - a właściwie zbieg przypadków.

Pierwszy przypadek odwalał swoją robotę za moimi plecami - ja bowiem do Wrocławia na Szanty nie dotarłam. Dotarł za to Ninja, który nawet wszedł na scenę i zaśpiewał dwa utwory. Ci, co wówczas stali pod sceną mieli tzw "opad szczęki" aż do podłogi. Fani (nieco podstarzali, bo Ninja ostatni raz stał na scenie 10 lat temu) bez zwłoki umieścili nagranie na ścianie płaczu* - dzięki czemu pół niegdysiejszej "Gawry" ** odnowiło ze sobą kontakt.

Działo się to na początku marca.

Dzięki wrocławskiemu przypadkowi dowiedziałam się, że część z nich mieszka w Anglii. Krótkie rozmowy telefoniczne wykazały, iż jeden osobnik mieszka nawet w hrabstwie Kent (jakieś 10 mil od Lesley). Dwa dni później osobnik zadzwonił z hasłem "Ziellona, a może byś się mi psem zaopiekowała? Bo ja muszę wyjechać na tydzień."

Tym sposobem zapełniła mi się luka między pobytem u Lesley, a rozpoczęciem pracy w Windermere.

Jeszcze nie wiedziałam, że tej pracy mieć nie będę...

* Ściana płaczu, czyli portal exhibicjonistów, zwany również FAKBUKiem to niezwykle popularne medium społecznościowe, choć aktualnie jest to głównie portal reklamowy wszystkiego co niepotrzebne nikomu.

** Gawra na placu Wróblewskiego we Wrocławiu to było miejsce magiczne. Teoretycznie można było - z braku innego określenia - nazwać ją knajpą szantową, tawerną, klubem żeglarskim. Ale to tylko ze względu na zbyt małą elastyczność języka polskiego - Gawra była po prostu Gawrą. Prowadzona przez korsarski zespół Różę Wiatrów - co środę odbywały sie spotkania gawiedzi żeglarskiej plus jednego żeglarza suchego (czyli mnie, bo każdy, łącznie z malutkimi dziećmi, jednak swoje w życiu wypływał. Każdy - z wyjątkiem mnie. Przepraszam, błąd: 4,5 godziny na pojezierzu Brodnickim w charakterze balastu. Tyle moich osiągnięć. Brak żeglarskiej duszy i doświadczenia, nie przeszkadzał nikomu. A mnie tym najmniej, bo Gawra byłą Gawrą - jedyną knajpą, do której uczęszczałam cyklicznie. Kurcze - jedyną knajpą do której w ogóle uczęszczałam:).

poniedziałek, 3 marca 2014

Krakowskie kolejki


Niedaleko szpitala uniwersyteckiego na ul. Kopernika, przy skrzyżowaniu z Radziwiłłowską, na terenie przedszkola stoi emerytka - lokomotywa. Nie jest to jedyne wspomnienie o dziś niedziałającej już, kolejce krakowskiej. 

Kuba Sochacki, na swoim blogu "Dawno temu w Krakowie" wspomina o kolei obwodowej:

"Powstała ona w latach 1886-87, łączyła Łobzów z Płaszowem i Bonarką i przekraczała Wisłę w miejscu dzisiejszego mostu Dębnickiego. Tory poprowadzono po wale ziemnym, który wraz z szeregiem bastionów i z fosą był częścią Twierdzy Kraków. Już na początku XX okazało się jednak, że taki wał w centrum miasta blokuje jego rozwój i że lepiej by było, gdyby jednak była tam droga, a najlepiej szeroka arteria komunikacyjna. W 1911 roku linię kolejową więc zlikwidowano, most przebudowano na drogowy i rozpoczęto budowę Alei Trzech Wieszczów."
Zresztą... zobaczcie jak wyglądają Aleje dziś, a wtedy, kiedy biegły tutaj tory. Kuba Sochacki jest absolutnie niekwestionowanym mistrzem zdjęć porównawczych "dawniej, a dziś" i odgrzebywaniem perełek i historii zapomnianych: >>Kolej obwodowa, czyli pociągi na Alejach Trzech Wieszczów

Opowieść o krakowskich kolejkach zaczniemy jednak przy emerytce na rogu Radziwiłłowskiej.

"Dawno dawno temu, gdy Kraków był pod panowaniem jaśnie miłościwego nam Cesarza Franciszka Józefa, w ramach dostarczania zapasów do Fortu na Bielanach wybudowano kolejkę.

Torowisko na Bielany biegło wzdłuż ul. Księcia Józefa, mniej więcej po linii chodnika po południowej stronie ulicy. Kolejny etap po rozbiórce kolejki fortecznej to budowa torowiska kolejki turystycznej, harcerskiej na wzór pionierskich. Miało to miejsce w latach 1962-1963. Kursowała w 1964 r. z Salwatora po wale przeciwpowodziowym. Pozostałości stacji na Bielanach są nadal czytelne przy bielańskiej przystani. Zachował się peron i słupy reflektorów. Kolejkę zlikwidowano po 2 latach. Powód to nadmierne oddziaływanie na kubaturę wałów przeciwpowodziowych i tym samym ich obniżanie itp... 

Trakcja parowa.
Lokomotywa stojąca na terenie przedszkola choć wydaje się atrapą, w rzeczywistości jest oryginalnym parowozem który kursował ww trakcją. Sieć torów na terenie wodociagów istaniała jeszcze w 2002 roku. Dopiero w ostatnich latach torowisko zostało zdemontowane. Zachowała sie historyczna lokomotywownia przed którą jeszcze w 2003 r. piętrzyły się zardzewiałe koleby. Tor przecinał ul. Księcia Józefa w 2 miejscach. W 1997r. odbyła sie na kolejce impreza pożagnalna. Kolejka wodociagów była obsługiwana przez dwie lokomotywki spalinowe. Jedna z nich zasila obecnie zbiory skansenu w Pionkach i to jest poczciwy Deutz, zaś druga jest eksponowana z kilkoma kolebami na terenie zakladu na Bielanach. 

Zdjęcia pojedyncze i małoforamtowe znajdziecie w monografii Roberta Wierzbickiego "Wodociagi Krakowa" Kraków 2001"

Młynówka Królewska - zagubiona rzeka

[PL]
Zapraszamy na spacer wzdłuż historycznego koryta Młynówki Królewskiej, która dostarczała wodę do młynów, nawadniania, systemu fos obronnych oraz drewnianych akweduktów miejskich dla Krakowa.

Pierwsze wzmianki o Młynówce Królewskiej pochodzą z XIII w., gdy postanowiono doprowadzić wody Rudawy z Mydlnik do centrum Krakowa ziemnym akweduktem w celach gospodarczych, pitnych i obronnych. Woda została doprowadzona wówczas aż do kościoła dominikanów przemierzając Rynek Główny w poprzek.
W 1327 r. król Władysław Łokietek zlecił budowę w Mydlnikach jazu spiętrzającego wodę w Rudawie, a także całego systemu zaopatrzenia w wodę nie tylko Krakowa, ale tez podkrakowskich wsi, pobliskich stawów hodowlanych oraz młynów wodnych, z których największymi były:
Dolne Młyny – miedzy obecnymi ulicami: Krupnicza, Skarbowa, Czysta i Dolnych Młynów,
Górne Młyny – w rozwidleniu obecnych ulic: Łobzowskiej i Garbarskiej.
Dzięki znajdującemu się przy dzisiejszej ulicy Asnyka rurmusowi (urządzeniu windującemu kolami młyńskimi wodę), woda płynęła systemem drewnianych wodociągów do całego miasta, a od 1533 r. nawet do komnat królewskich na Wawelu.
Ponadto wody Młynówki zasilały fosy obronne wokól Starego Miasta w miejscu dzisiejszych plant, a inne liczne jej rozlewiska stanowiły dodatkowa zaporę dla nieprzyjaciela. Ten częściowo naturalny system obronny miasta został zniszczony wraz z systemem zasilającym miasto w wodę pitna przez Szwedów podczas potopu w 1655 r. W rezultacie aż do początku XX w. krakowianie zaopatrywali się w wodę jedynie bezpośrednio ze studzien.
Decyzje o zasklepieniu koryta Młynówki podjęto po powodzi w 1903 r, podczas której jej cofki wyrządziły najwięcej zniszczeń w centrum Krakowa. W latach 1910-1912 przekierowano Rudawe na jej dzisiejszy obwałowany kanał uchodzący do Wisły na Bulwarze Rodla w okolicy klasztoru norbertanek. Powstał on na długo przed tym, bo w XVII w., zasilając w wodę folwarki klasztorne oraz stawy hodowlane.
W latach 1964-1966 Młynówka Królewska została w większości zasypana, częściowo skanalizowana, a częściowo zachowano jej otwarte koryto. W jej miejscu znajdują się obecnie parkowe ciągi zieleni z drzewostanem lęgowym upamiętniające historyczny przebieg rzeki.
[EN]
We invite you for a walk along historical path of Royal Leat (trench) conveying water to a mills, irrigation system, defense system and fresh water-supply for the Cracow city.
The first mention of the Royal Leat (a trench conveying water to a mill wheel ) called "Mlynówka Królewska”come from the thirteenth century, when it was decided to bring water from the Rudawa river to the city center using ground aqueduct for commercial purposes, drinking, and defense. Water has been brought down to the Dominican church traversing across the Main Market Square.
In 1327 King “Wladyslaw the Short” commissioned the building of a weir in Mydlniki on Rudawa river, as well as the entire water supply system not only to Cracow but also the villages, nearby ponds and water mills, of which the largest were:
Lower Mills - between the present streets Krupnicza, Skarbowa, Czysta i Dolnych Mlynów,
Upper Mills - in the fork of the existing streets Garbarska and Lobzowska.
Thanks to water elevating device (using water wheels) which was located at today's Asnyka street, the water flowed to a system of wooden water pipes throughout the city, and since 1533, even to the royal chambers at Wawel castle. In addition, the leat waters supplied defensive moat around the Old Town at the Planty today, and  its numerous backwaters provided additional barrier to the enemy.
This semi-natural defense system of the city was destroyed along with the drinking water system by the Swedes during the flood attack in 1655. As a result, until the early twentieth century Cracow citizens were provided with water only directly from wells.
The decision bury the leat's trough was taken after the flood in 1903, during which it caused the most damage in the city center. In the years 1910-1912 the Rudawa river was redirected to its present embanked channel escaping into the Vistula River in the vicinity of the Norbertine monastery. The channel was created earlier in the seventeenth century to supply water monastic granges and fish ponds.
In the years 1964-1966 Royal Mlynowka was largely buried, partially canalized and partly maintained in its open trough. In its place are green areas with parks and trees commemorating the historical course the river.

poniedziałek, 3 lutego 2014

Park Krakowski

Park ten został założony w 1885 r. przez Stanisława Rehmana pomiędzy ulicami Czarnowiejską, Szymanowskiego, placem Inwalidów i Alejami Trzech Wieszczów. Zaprojektowany został jako teren rekreacyjny dla mieszkańców Krakowa na wzór ogrodów wiedeńskich. Na terenie parku znajdowały się między innymi: restauracje, kawiarnie, pawilon koncertowy, kręgielnia, basen, lodowisko, arena kolarska, małe ZOO - menażeria zwierzęca, sadzawka oraz teatr letni (od 1890 r.). Aktualnie park zajmuje powierzchnię około 5 ha. Ze starej zabudowy parku ocalała jedynie sadzawka. Od roku 1974 na terenie parku znajdują się abstrakcyjne rzeźby plenerowe, autorstwa polskich artystów.

Przed I wojną światową w parku funkcjonowała najbardziej elegancka w Krakowie ślizgawka. Obowiązywały tam najdroższe w mieście bilety wstępu. Trzy razy w tygodniu zabawę na lodowisku umilały gościnne występy orkiestry wojskowej, umieszczonej w muszli koncertowej. Szatnie znajdowały się w drewnianym pawilonie, sąsiadującym z pawilonem kawiarni i mleczarni, gdzie była też ogrzewalnia i bufet[2]. Po I wojnie światowej w związku z rozbudową Krakowa, powierzchnia parku została w znacznym stopniu zmniejszona. Spowodowało to zniszczenie zabudowy i kompozycji parku.