poniedziałek, 20 marca 2017

Skocznia na skarpie

Niedaleko Skarpy Mokotowskiej znajdowała się, do niedawna, skocznia narciarska - zamknięta w 1989 roku, zdemontowana w kilka lat później. Choć określenie "zdemontowana" chyba nie pasuje do tego co się ze skocznią stało. Na początku rozmontowano rozbieg i ściągnięto maty iglicowe. Skocznia popadała w coraz większa ruinę.
Przez kilka lat znajdowało się tu stanowisko handlowe ze sprzętem zimowym. Dziś na terenie skoczni znajduje się serwis narciarski i salon kosmetyczny. 

A miało być tak pięknie...


Na pomysł budowy skoczni w Warszawie wpadła - jak zwykle - grupa studentów w ramach organizacji V Światowego Festiwalu Młodzieży. Projektantem skoczni był Jeremi Suchacki, a jej budowę rozpoczęto w 1955. Ze względu na problemy konstrukcyjne - położenie na skarpie ułatwiało budowę (nachylenie), ale również utrudniało (geologia), ostatecznie oddano obiekt w 1959 roku, czyli 4 lata po rozpoczęciu budowy. 
Na warszawskiej skoczni skakała ówczesna polska kadra narodowa. Rozgrywano zawody Trzech Skoczni, ale przede wszystkim uzywano jej do treningów. 

Było to na długo przed sukcesami Adama Małysza i polskiej kadry skoczków, która aktualnie nie ma sobie równych na świecie... Choć dziś każde zakopiańskie dziecko wie, czym jest punkt konstrukcyjny skoczni, to jednak trudno sobie wyobrazic skocznie, której punkt K to... 38 metrów.

Wysokość wieży startowej 35 m. Długość najwyższego tarasu rozbiegowego wynosiła 55,5 m, a wybiegu – 70 m. W sumie całkowita wysokość skoczni wynosiła 54 m, a długość – 120 m. Zawody mogło oglądać ok. 7000 widzów.
Mało?
To teraz spróbujcie to sobie wyobrazić na skarpie nad Wisłą w czasach, kiedy Wojciech Fortuna zdeklasował konkurentów na olimpiadzie w Sapporo... Najdłuższe skoki oddane na tej skoczni nie były tak spektakularne, jednak oficjalny rekord skoczni należy do Antoniego łaciaka i wynosi 40,5 metra, choć nieoficjalnie wspomina się najdłuższy skok - 48-metrowy - Janusza Dudy. 

I wciąż pamiętajmy, że skoki te oddawane były na Skarpie Warszawskiej, która wspina się nad Wisłę na 10-15 metrów...
Ciekawostki ze skoczni:
  • Skarpa nie była jedyną skocznią narciarską w Warszawie. Już w latach 20. na Agrykoli powstała niewielka skocznia terenowa. Jej rekord wynosił 25 m i należał do zakopiańskiego skoczka Władysława Gąsienicy-Roja (akademickiego mistrza świata z 1957 r.), który uzyskał tę odległość w prawdopodobnie ostatnim konkursie na tej skoczni. Później skocznia była jednak jeszcze wykorzystywana przez amatorów. Jej ostateczny koniec nastąpił w latach 70. w związku z odbudową Zamku Ujazdowskiego. Po wojnie powstała także jeszcze mniej znana, również półamatorska skocznia w Lesie Bielańskim.
  • Na terenie skoczni znajdowała się wyłożona igelitem rampa, która służyła do tymczasowego "zakładania" mniejszej skoczni. Rampę mocowano na zeskoku, początkujący skoczkowie rozpoczynali najazd na buli, bezpośrednio na igelicie.
  • Na terenie skoczni znajduje się obecnie serwis narciarski oraz gabinet kosmetyczny, siedzibę ma tutaj również firma kurierska. Nieformalnym obowiązkiem pracowników tych firm jest ponadto pilnowanie skoczni.
  • Przy ul. Puławskiej (a więc właściwie za skocznią, a nie pod skocznią) mieści się apteka o nazwie "Apteka Pod Skocznią". Na jej szyldzie narysowana jest sylwetka skoczka lecącego stylem równoległym, a więc coś, czego obecnie, w epoce stylu "V", już się nie spotyka.
  • Dnia 19 kwietnia 2005 roku artysta Cezary Bodzianowski zorganizował na skoczni happening – w jego trakcie zrzucił narty z wieży, a następnie udał się z nimi aż pod galerię Zachęta, w ten sposób symbolicznie bijąc rekord skoczni o kilka tysięcy metrów. W celu przeprowadzenia happeningu twórca musiał zdobyć pozwolenie na wejście na skocznię – normalnie drzwi prowadzące na wieżę były zamknięte na kłódkę, a cały obiekt był strzeżony.

piątek, 17 marca 2017

Skarpa Mokotowska

Skarpa warszawska to  potoczna nazwa wysokiej (zachodniej) skarpy wiślanej na terenie Warszawy. Skarpa ta jest najbardziej charakterystycznym naturalnym elementem ukształtowania terenu Warszawy, kształtującym krajobraz i strukturę przestrzenną miasta.


Tak jak w Krakowie i tutaj Wisła miała wpływ na lokalizację miasta - a konkretniej właśnie wspomniana Skarpa Warszawska. Usytuowanie grodów i późniejszych rezydencji na skarpie miało wiele zalet: ułatwiało obronę, zapewniało atrakcyjne widoki i korzystny klimat (przewietrzanie przez dolinę Wisły), suche podłoże i brak niebezpieczeństwa powodzi (w przeciwieństwie do terenów położonych w dolinie).
Ślad pierwszego grodu, z końca XIII wieku, odnaleziono na brzegu skarpy wiślanej w rejonie Zamku Królewskiego i Wieży Grodzkiej. Stroma skarpa broniła miasta na tyle dobrze, że otoczono je murami od strony lądu, ale nie od strony Wisły. Na północ od obecnego Starego Miasta powstała później na skarpie osada Nowe Miasto.
Również w XIII wieku władcy Mazowsza ulokowali gród przy przeprawie przez Wisłę, w rejonie dzisiejszego Jazdowa. Doceniano walory krajobrazowo-przyrodnicze skarpy – z 1262 roku pochodzi pierwsza wzmianka o ogrodzie położonym w tym miejscu.
W XVII i XVIII wieku na skarpie, a zwłaszcza w dolinach dopływów Wisły, budowano podmiejskie wille, pałace z ogrodami, kościoły i klasztory, młyny, tartaki i manufaktury. Możnowładców przyciągały rozległe widoki na otwarty krajobraz.

Dziś - w pogoni za keszem - dotarłam w pobliże Królikarni (niedaleko Woronicza - tam, gdzie byłam wczoraj). Królikarnię na dziś sobie odpuściłam - nie miałam ze sobą aparatu, a zwiedzanie muzeum i byłej królewskiej królikarni bez możliwości robienia zdjęć, mijało się z celem. No, ale na mapie był jeszcze jeden zielony punkcik - opisany jako skarpa Mokotowska.

Nie znalazłam co prawda wielu informacji o Skarpie Mokotowskiej (choć prawdą jest, że szukałam nieco pobieżnie - w internetach) i jedynym ródłem wiedzy został opis skrzynki - co jedynie zasługuje na pochwały w kierunku autora.
Ponoć skarpa Mokotowska jest częścią, wspomnianej wyżej, skarpy warszawskiej. A z miejsca, gdzie ukryto kesza rozpościera się przepiękny widok. Poczułam sie troszkę jak w Londynie - na Primrose Hill. Wszędzie wieżowce, a tutaj taki mały, miły zielony punkcik. Zostawmy zatem wieżowce gdzieś w dole...
Ponoć niedaleko ma swoją rezydencję ambasador USA, więc szczególnie spektakularnie jest tutaj 04. lipca, kiedy niebo przecinają tysiące sztucznych ogni. Dla historycznej "równowagi" niedaleko (stoi przed nim budka straży policyjnej) znajduje się dom Wojciecha Jaruzelskiego.

No i nie można zapominać o Królikarni - ale o niej napiszę innym razem (kiedy w końcu się tam wybiorę z aparatem).

Warto też wspomnieć czemu warto tu przyjść, zwłaszcza nocą :)

1. Na wschod rozposciera sie przepiekny widok, zwlaszcza noca.
2. Na polnocnym zachodzie znajduje sie piekna rezydencja Ambasadora USA. Jesli jestes fanem/ka fajerwerkow, przyjdz tutaj 4. lipca. Ambasador bardzo hucznie obchodzi Dzien Niepodleglosci swojego kraju i urzadza okolicznym mieszkancom niesamowity pokaz sztucznych ogni.
3. Na poludniowym zachodzie znajduje sie dom Wojciecha Jaruzelskiego (ten, przed ktorym znajduje sie budka policyjnej strazy). Nikomu sylwetki tej osoby przedstawiac nie trzeba.
4. Na polnocy znajduje sie park Krolikarnia - koniecze go odwiedz. Sa w jego najblizszej okolicy jeszcze dwie skrytki.
5. Na poludniu do niedawna znajdowala sie skocznia narciarska, ktora niestety zburzono.
O książce SKARPA WARSZAWSKA

Pierwsza od ponad 20 lat publikacja opowiadająca o Skarpie Warszawskiej – jej historii, dziedzictwie kulturowym, czasach współczesnych i ludziach z nią związanych. Książka prowadzi po miejscach mniej znanych, zapraszając do wędrówki i odkrycia uroków Skarpy.
Skarpa Warszawska – fenomen na skalę europejską, przecinające stolicę urwisko, ciąg zieleni o bogatej historii sięgającej pradawnych epok – pełniła rozmaite funkcje na przestrzeni wieków: przyciągała osadników i broniła grodu, chroniła możnych zakładających tu swe rezydencje i ogrody, wyznaczała koncepcje urbanistyczne, współtworzyła dziedzictwo kulturowe miasta.
Skarpa to też miejsce obrosłe legendami i mitami, tu rezydowali Wars i Sawa, Syrena Warszawska, Bazyliszek, Złota Kaczka… Książę Kazimierz Poniatowski umiejscowił tu swój dom przyjemności (Elizeum w parku Na Książęcem), a masoni – swoją lożę.
Skarpa to wreszcie miejska przestrzeń publiczna wspólna dziś nam wszystkim. Mieszkamy tu i pracujemy, spacerujemy, jeździmy na rowerach, inwestujemy i budujemy. Zbyt często niestety nie identyfikujemy skarpy jako całości, nie znamy jej dziejów, nie rozwijamy tkwiącego tu potencjału.

środa, 15 marca 2017

[Warszawa kulinarna] - Schab po Warszawsku

Keszowania na głodniaka ciąg dalszy...  Tym razem autor serii zaskoczył mnie dość znacząco. Nie wiem jakim cudem maskowanie skrytki skojarzyło mu się z schabem po warszawsku... ale niech to zostanie tajemnicą autora. Nie zdradzę sposobu maskowania maskowania, bo cały sens kesza umknąłby jak szczur z okrętu...


Pani Jadwiga, Warszawianka z dziada-pradziada, na swoim blogu z opowieściami kulinarnymi (a niektóre są tak smaczne, że ślinka sama cieknie)  wspomina schab po warszawsku, jako potrawę typową dla stolicy - podobnie jak zrazy zawijane. Było to danie raczej odświętne - pewnie ze względu na czas przygotowania i sposób podawania - na półmisku, z galaretą, warzywami, pięknie przyozdobione. MIało bowiem nie tylko powalać smakiem, ale również zachęcać wyglądem...

Schab po Warszawsku to pieczony (czasem też gotowany) schab wieprzowy, nadziewany pastą z jajek i chrzanu, zamknięty w otoczce z galarety. Często przed podaniem posypuje się go świeżym szczypiorkiem.  
Przygotowanie jest dość pracochłonne. Należy zacząć od upieczenia natartego majerankiem schabu. Następnie studzimy mięso i już ziemne kroimy w grube plastry, tworząc w każdym plastrze kieszonkę. To w te kieszonki wkładamy pastę ze zmiksowanych jajek na twardo, z chrzanem i majonezem. Ostatni etap to przygotowanie galarety z rosołu i żelatyny, którym polewa się plastry nadzianego schabu.

Dokładny przepis na schab po warszawsku znajdziecie na wielu stronach kulinarnych, ale bodaj najprawdziwszy pochodzi ze wspomnianej strony pani Jadwigi.

wtorek, 14 marca 2017

[Warszawa kulinarna] - WuZetKa - słodka historia

Warszawskich keszy ciąg dalszy... Trafiłam na serię gastronomiczno-jedzeniową, jeżeli to nie jest masło maślane... seria opowiada o historii poszczególnych warszawskich dań, potraw i związanych z nimi historii. Autor serii keszy, zwanej PKW - Przysmaki Kuchni Warszawskiej - powiada, że seria ta ma na celu przybliżenie turystom i odwiedzającym, smak, zapach i historię potraw, które powoli odchodzą do gastronomicznego lamusa. Powiadają, że nawet rdzenni mieszkańcy stolicy mają niejaki kłopot z wymienieniem kilku regionalnych potraw... O zapachu, smaku czy przepisie już nawet najstarsi mieszkańcy nie pamiętają...




Pierwszy kesz dzisiaj został znaleziony w całkiem ładnej lokalizacji - czyli z widokiem na nowy budynek Telewizji Polskiej (nawiasem mówiąc, bardzo ładnie oświetlony i ogólnie robiący całkiem dobre, estetyczne wrażenie). Nie wiem dlaczego akurat ta lokalizacja została wybrana przez autora na ukrycie skrytki - w okolicy nie ma choćby nawet reklamy cukierni. A przydałaby się - bo ukoronowaniem kesza powinna być degustacja słodkości, której ów kesz został poświęcony. 

Zatem przejdźmy do wuzetki - opis w większości pochodzi z opisu skrzynki, w niektórych miejscach tylko troszeczkę zmodyfikowałam, choć merytoryka pozostała ta sama...

Wszystko zaczęło się w 1949 roku, kiedy to Warszawski Zakład Ciastkarski wystawił w konkursie na ciastko stolicy, (organizowanym przez Cech Rzemiosł Spożywczych) wspomnianą wuzetkę (o której jeszcze nikt nie wiedział, że tak własnie będzie się nazywać). W tych czasach można ją było dostać jedynie w kawiarniach i restauracjach Camargo - jednak dopiero lata 70-te przyniosły jej prawdziwą populalarność. Prawdopodobnie stało się tak z powodów oczywistych - byli pracownicy zakładu zaczęli masowo otwierać swoje własne, malutkie cukiernie, w których podawano m.in. wuzetkę.
Skąd wzięła się nazwa WUZETKA? Istnieje kilka teorii - prawie, że spiskowych. Jedna z nich mówi o tym, iż skrót wziął się od Warszawskich Zakładów Ciastkarskich, gdzie początkowo była produkowana. Inna teoria mówi, iż nazwa wzięła się od skrótu WZK - wypiek z kremem. Jednak najbardziej warszawska teoria mówi o pochodzeniu nazwy od Trasy W-Z (Wschód-Zachód), która była bodaj największą inwestycją w ówczesnej stolicy - niektórzy spiskowcy twierdzą nawet, że ciastko powstało w kawiarni lub cukierni znajdującej się w pobliżu tejże trasy. 

Jakkolwiek by jednak nie było - wuzetka to wuzetka. I chyba każde dziecko wie, jak wygląda i smakuje. Ale zapewne nie każdy (tak jak ja) wiedział, że jest to ciastko warszawskie. 
Niniejszym  - życzę Wam smacznego...

A w sieci:

[Warszawa kulinarna] - Pyzy z Różyca

Patriotyzm lokalny ma niekiedy potężny zasięg. O pyzach z Różyca nie usłyszy się, że są daniem warszawskim. Te ziemniaczane kluski są zdecydowanie praskie. Tak praskie, że bardziej warszawskie być nie mogą... Bo mowa tu rzecz jasna, o Pradze Warszawskiej i bazarze Różyckiego. Autor serii keszy, zwanej PKW - Przysmaki Kuchni Warszawskiej - powiada, że seria ta ma na celu przybliżenie turystom i odwiedzającym, smak, zapach i historię potraw, które powoli odchodzą do gastronomicznego lamusa. O pyzach z Różyca opowiada tak ... smacznie, że... po prostu pozwolę mu się wypowiedzieć :)




Legenda pyz z Różyca zaczęła się ok. 50 lat temu na warszawskim Bazarze Różyckiego znajdującym się przy ulicy Targowej 54. Wyobraźcie sobie miejsce z ponad pół tysiącem stoisk, gdzie można dostać wszystko, także produkty niedostępne w normalnym sklepie. Budka z hamburgerami nie ma tu racji bytu. Tu ceni się prawdziwe, domowe jedzenie, a najdłuższa kolejka zawsze stoi po pyzy od pani Hani.
Pyzy to tradycyjne danie kuchnii polskiej, a ich sposób przyrządzania jest odmienny w różnych regionach kraju. Te duże okrągłe kluski, w wersji najpopularniejszej, robi się z ziemniaków, z dodatkiem mąki, jaj i soli, a następnie gotuje. Można nadziewać je mięsem, twarogiem lub grzybami. Można podawać je także bez nadzienia, ale za to okraszone smażonym boczkiem lub słoniną oraz podsmażoną cebulą.   
Pyzy z Różyca występowały w wersji z mięsem lub bez nadzienia. Oczywiście obowiązkowo ze słoninką i cebulą. Serwowano je w słoikach po dżemach. Porcja kosztowała ok. 5 zł.
Dziś pyz już nie znajdziemy na bazarze Rożyckiego. Panie, które je sprzedawały poszły na zasłużoną emeryturę. Podobnych specjałów można jednak szukać w niekórych barach i restauracjach. Co więcej synowie słynnej pyzarki z bazaru Różyckiego, kontynuują dzieło matki. Dostarczają pyzy według słynnej receptury do restauracji, barów, a także na prywatne bankiety i przyjęcia. Można także wybrać opcję podania pyzów w słoikach, jak za dawnych lat! Wciąż jest więc szansa na spróbowanie tych prawdziwych pyz, jak z Różyca.

piątek, 10 marca 2017


Szkoła Główna Handlowa w Warszawie (SGH), w latach 1949–1991 Szkoła Główna Planowania i Statystyki (SGPiS) – najstarsza uczelnia ekonomiczna w Polsce. Istnieje nieprzerwanie od 1906 i rocznie wydaje ponad 2,5 tys. dyplomów ukończenia studiów wyższych. Szacuje się, że od początku istnienia, uczelnia wykształciła ponad 70 000 absolwentów wszystkich typów studiów (stacjonarnych, niestacjonarnych, doktoranckich i podyplomowych). Wśród absolwentów oraz wykładowców są znamienite osobistości świata ekonomii, polityki, zarządzania.

poniedziałek, 6 marca 2017

Patchworkowa Warszawa - czyli kilka słów wstępu...



Odkąd mieszkam w Warszawie (że przypomnę tekst Joanny Kołaczkowskiej, wówczas divy kabaretu Potem: "Jezu, ze stolycy...") plątam się po ulicach, usiłując w jakikolwiek sposób ogarnąć to miasto. Równocześnie próbując wyrzucić z głowy odwieczną świadomość, że jest to miasto nie-do-ogarnięcia. 
Warszawa jest bowiem patchworkiem. 
Ale nie zadbaną mozaiką (jak Londyn, w którym też miałam przyjemność mieszkać) ale klasycznym patchworkiem, gdzie każda łatka pochodzi z innego zestawu i inną nitką jest przymocowana. Nie chciałabym nikogo obrazić - to są jedynie moje odczucia w stosunku do miasta, w którym już kilka miesięcy przebywam i, z dnia na dzień, czuję bardziej świadomość niewiedzy i nieczucia.
A właściwie: wiedzy stereotypowej i czucia odwrotnie. Jestem bowiem Krakusem z dziada pradziada. A o dowcipowym już stosunku jednych do drugich od lat już krążą legendy, kawały i stereotypy. Chociaż wiedza moja o Warszawie jest niewielka, a odczucia powszechnie znane - walczę. Walczę ze stereotypami i brakiem własnej wiedzy starając się to miasto jakkolwiek zrozumieć, poznać i nauczyć się w nim żyć. Łatwo nie jest.
Pociesza mnie fakt, że Lechosław Herz - naczelny piewca Mazowsza - również pochodzi z Galicji. Również wychodzi na pole je borówki i chodzi na nogach... Znawca dróg piaszczystych i wierzb płaczących. Miłośnik mazowieckich pól i lasów. Ten wybitny krajoznawca sam o sobie twierdzi, iż jest Galicjuszem, którego ścieżki zaprowadziły na Mazowsze pół wieku temu. 
Nie śmiąc się równać z panem Herzem, powiem tylko, iż mnie zaprowadziły tutaj nie dalej niż kilka miesięcy temu. No i jednak - pan Herz oddziela Warszawę od Mazowsza jako takiego. Przynajmniej takie mam wrażenie czytając, że... wystarczy wyjechać kilkanaście kilometrów poza granice miasta i...

Uczciwie jednak rzecz ujmując - każde miasto ma podobną specyfikę, jeśli chodzi o oddzielenie od reszty. Kraków jest oddzielony od Małopolski - pięknej krainy pól i wzgórz. Wrocław - stolica Dolnego Śląska - od Dolnego Śląska - krainy zamków, lochów i tajemnic. A Szczecin nie leży nad morzem :)

Zanim jednak znajdę swoje miejsce na Mazowszu (obstawiam, że leży gdzieś w widłach Bugu i Narwi lub w ostałych fragmentach puszcz mazowieckich), muszę pogodzić się z faktem iż mieszkam aktualnie w centrum stolicy. W największym mieście Polski, z ponad dwumilionową społecznością, z metrem i centrami biznesowymi.  
Ale również z niewielkim muzeum kowalstwa, z drewnianymi domkami fińskimi oraz "dziką" stroną Wisły. 
Tak - Warszawa zdecydowanie jest patchworkiem. 
Nie pokażę na tym blogu różnorodności łatek, ze względu na prosty fakt, że stereotypowa Warszawka nie interesuje mnie w ogóle - ani wyjścia do klubów, ani ubieranie się w najlepszych sklepach ani pisk opon na skrzyżowaniach. Niemniej jednak - część z tych łatek miejmy nadzieję, iż uda mi się przekazać i pokazać.
Choć blog ten prowadzony jest egoistycznie - żebym wiedziała, gdzie szukać informacji :) 
Nie pokażę Wam mojej Warszawy - bo Warszawa moja nie jest. (zresztą - tak samo jak Kraków i każde inne miasto). Ale pokażę Wam miejsca, które odwiedzam, które mi się podobają lub nie i blogi, które czytam - bo prowadzone są przez osoby, które mogą powiedzieć o tym mieście "Moja Warszawa".
Blog "miastowy" powstał jako uzupełnienie głównego bloga, bo zbyt dużo tam już było Warszawy :P Jakoś trzeba było to ogarnąć...  Mam nieśmiałe wrażenie, że może mi wyjść z tego pisania coś na zasadzie odwrotnego "pamiętnika bazowego" /dla nieświadomych: Z pamiętnika Bieszczadnika/.

Blog powstaje na podstawie keszowania - bez tej miejskiej zabawy byłoby ciężko. 
W poznawaniu Warszawy wybitnie pomagają mi keszerzy z geocaching i opencaching, którzy zakładając skrzynki w miejscach bliżej nieznanych, zmuszają mnie do włóczenia się po starych podwórkach, odwiedzania rezerwatów i odkrywania perełek wśród blokowisk miejskich, zabytków wśród zabudowań z wielkiej płyty i śladów historii, których jest tu więcej niż budynków i mieszkańców. Często zdarza się nawet tak, że śladu po historii nie ma, a historia jest. Tą istniejącą historię uzupełniają blogerzy - pasjonaci miejsc, dzielnic i historii. Im więcej keszy znajduję :) tym więcej blogów odkrywam.
Początkowo zatem Warszawski MUWIT będzie właściwie kopią opisów skrzynek keszerskich - mam nadzieję że nikt się o to nie obrazi - zwłaszcza, że zaznaczam skąd opis biorę. Z czasem - być może - przyjdzie czas na moje własne warszawskie pisanie. Na razie swoje pisanie uskuteczniam na MUWITowych Psiemyśleniach i na stronie www.muwit.pl 
Do poziomu krajoznawstwa Lechosława Herza chyba jednak nie dojdę nigdy...

poniedziałek, 8 sierpnia 2016

Kraków jak Londyn - multikulturowo

Nie pojechałam w góry - tak wyszło. Dlaczego o tym piszę? Bo - wiem, że wszyscy wiedzą, ale ja jakoś nie dopuszczałam tej myśli do świadomości - weekend w szczycie sezonu spędzony w mieście może być bardziej multikulturowy od wyjazdu zagranicę...
Zaczęło się od Kubańczyka z kotem w klatce, którego poszarpały słowackie psy (kota, nie Kubańczyka), potem dwie urocze Brytyjki, które "love you meeting there. wonderful i w ogole brilliant:)" 
Gdzieś w środku lunch w typowo polskiej restauracji, gdzie podawano sushi i jakieś cusie z ostrym sosem chili (gdzie do cholery rośnie chili?) Potem randka z Cath, gdzieś pomiędzy Kubańczykiem, kotem i Cath wpadła jeszcze Sayko (wbrew imieniu - Austriaczka). 
Oczywiście do tego cały Rynek opanowany przez anglo i inno języcznych...

I na sam koniec końców, kupując zapałki w sklepie, zostałam zapytana czy wiem gdzie jest hotel Puro. 
Wiem. 
Że gdzieś tu.

Powiedziałam mniej więcej gdzie i tyle by było, gdyby nie fakt, że wyszedłszy zobaczyłam owego miłego, niewielkiego Dubajczyka (jak się później okazało) idącego w kierunku baaaardzo mrocznego Starego Kleparza. Nie byłabym sobą, gdybym za nim nie pobiegła. 
Naim właśnie wchodził między stragany...
Kleparz tuż przed północą prezentuje sobą coś co wahałabym się nazwać prezencją jakąkolwiek. Już abstrahując od mojego lokalnego patriotyzmu (co sobie te zagraniczniki pomyślą) to po prostu zwyczajnie bałam się, że ten Pan nie tylko tam straci telefon,portfel i paszport, ale prawdopodbnie również życie, a przynajmniej zdrowie.
Dwóch pijaków dyskutowało nad flaszką *chyba to była dyskusja w narzeczu, bo ja rozumiałam tylko bełkot), dwie lekko roznegliżowane, starsze prostytutki przerzucały się argumentami słownymi nie-do-znalezienia w słownikach, dwie młodsze - jeszcze wyraźnie niewprawne - ograniczały się do kurew z różnymi przymiotnikami, a w krzakach siedział ekshibicjonista (nie wiem jakiej nacji, po tyłku nie poznałam).
Taaaaak. weekend w Krakowie może być baaardzo multi-kulti.

poniedziałek, 6 czerwca 2016

Vauxhall Park

 https://www.geocaching.com/geocache/GC4ZDT7


Vauxhall Park, one of our favourite parks in the area. The park is open from 7.30am to 15 minutes before sunset. 



Vauxhall Park was opened in 1890. It is a lovely park with two tennis courts, a pleasant café with a terrasse and a nice playground. You can find a rose arbour, a village model (spot the miniature houses in the flowerbeds!) and a lavender garden.

poniedziałek, 16 listopada 2015

Jadwiga i Jagiełło

Opis autorstwa Bamboleona  - pochodzi z: https://www.geocaching.com/geocache/GC4PDRX_jadwiga-i-jagiello

Na Plantach krakowskich, na niewielkim wzniesieniu, tuż obok zbiegu ulic Sławkowskiej, Basztowej i Długiej znajduje się pomnik Jadwigi i Jagiełły postawiony by uczcić unię polsko-litewską oraz chrzest Litwy. Na ściance frontowej wykuty został napis: „HEDVIGES REGINA POLONIAE JAGELLO MAGNUS DUX LITHUANIA” . Pomnik stoi na wysokim cokole, na którym wykuto następujący napis: „1386 na pamiątkę pięćsetnej rocznicy Unii Polski z Litwą 1886”. Dzieło to zostało ustawione 29 lipca 1886r. Autorem tego pomnika jest Tomasz Oskar Sosnowski (1810-1888), który przed połową XIX stulecia osiadł na stałe w Rzymie. Stamtąd właśnie, rzeźba została przesłana w 1883r do Krakowa jako dar dla Muzeum Narodowego.


Ale czy wszystko się zgadza??? Otóż nie ;)
A było to tak :P
W roku 1852 dla katedry gnieźnieńskiej wykonał nasz rzeźbiarz płaskorzeźbę z marmuru wyobrażającą - w podobnym układzie kompozycyjnym co nasza para na Plantach - Mieszka i Dąbrówkę.

W tymże samym czasie wykonał również pełnoplastyczny pomnik Jadwigi i Jagiełły z przeznaczeniem dla Wilna, a będący powtórzeniem wspomnianej płaskorzeźby. Obydwa dzieła były nie do odróżnienia . (W 1864 roku pomnik z Wilna trafił do Moskwy). Wg pewnych informacji wynika, iż była jeszcze jedna replika tego monumentu, przeznaczona w roku 1866 – z okazji dziewięćset –lecia chrztu Polski – do ogrodów watykańskich. W zbiorach księdza prof.  Jerzego  Langmana (od którego właśnie pochodziła ta informacja)znajdowała się miniaturka tego dzieła z napisem określającym jednoznacznie, że jest to pomnik Mieszka i Dąbrówki. Rzeźba ta nigdy w Watykanie nie stanęła. A Sosnowski niespełna 20 lat później zmienił tytuł kompozycji i przekazał swoje dzieło w darze Muzeum Narodowemu. Jednak władze miejskie postanowiły, iż stanie on na Plantach jako…. Jadwiga i Jagiełło ;)
Przyglądając się postaciom na pomniku na Plantach możemy zauważyć podobieństwo do rysów Mieszka i Dąbrówki, a nie do spotykanych w ikonografii wyobrażeń portretowych Jadwigi i Jagiełły. Postać kobieca w niczym nie przypomina królowej Jadwigi, a twarz Jagiełły ozdobiona sumiastym wąsem odbiega od rysów, przedstawionych na wawelskiej tumbie grobowej, a spopularyzowanych w pocztach królów. Oczywiście, w wyobraźni artysty mógł powstać taki wizerunek pary królewskiej, choć to chyba nie przypadek.
A wy patrząc na pomnik Jadwigi i Jagiełły, pamiętajcie o rzeźbie wyobrażającej pierwszych władców Polski – Mieszka i Dąbrówkę. I o tajemnicy pomnika, upamiętniającego unię krewską i chrzest Litwy ;)

Na podstawie „Sekretów Krakowa” 

wtorek, 15 września 2015

Muzeum Lotnictwa

Powstanie Muzeum związane jest z zorganizowaniem w 1964 roku przez Aeroklub Krakowski wielkiej Wystawy Lotniczej na terenie byłego lotniska Rakowice-Czyżyny. W związku z tym do Krakowa od 1963 roku zaczęto zwozić eksponaty lotnicze, które były już wcześniej, od zakończenia działań wojennych, gromadzone z myślą o przyszłym muzeum lotnictwa. Z jego organizacją po zakończeniu drugiej wojny światowej były wielkie kłopoty z uwagi na małe zainteresowanie tym tematem odpowiednich władz. Dopiero warunki stworzone dla tych zbiorów w Krakowie, pozwoliły na realizację tego zamierzenia. 







Eksponaty lotnicze przewiezione do Krakowa w większości były w złym stanie technicznym, nie pozwalającym na ich prezentację. 

Po zakończeniu wystawy lotniczej w 1964 roku, w oparciu o zgromadzone zbiory, powstaje Ośrodek Ekspozycji Sprzętu Lotniczego przy Aeroklubie Krakowskim. Był on w dalszym ciągu wzbogacany eksponatami. 


Muzeum zajmuje mały fragment terenu i część obiektów dawnego lotniska wojskowego Rakowice-Czyżyny. 

Było to jedno z najstarszych stałych lotnisk w Europie. Założone zostało w 1912 roku dla potrzeb lotnictwa Austro- węgier. Należy przy tej okazji przypomnieć o stacjonowaniu na tym terenie na przełomie XIX i XX wieku fortecznego oddziału balonowego 2 Pułku Artylerii Fortecznej twierdzy Kraków. W 1912 roku dowództwo austriackie utworzyło na tym terenie Flugpark 7 razem z całym zapleczem technicznym. W 1917 roku lotnisko na Rakowicach stało się jednym z punktów etapowych pierwszej w Europie regularnej pocztowej linii lotniczej łączącej Wiedeń z Kijowem i Odessą. 


W dniach 30 i 31 października baza lotnicza przechodzi pod komendę polskich władz wojskowych, stając się tym samym pierwszym lotniskiem niepodległej Polski. Zaczęto na nim organizować pierwszą na ziemiach polskich jednostkę lotniczą nazwaną "1 Eskądra Bojowa". W okresie wojny polsko-bolszewickiej działała tutaj "I Niższa Szkoła Pilotów", której zadaniem było szkolenie pilotów dla szybko rozbudowającego się lotnictwa wojskowego. 


Na Rakowicach działały również warsztaty lotnicze remontujące samoloty i ich silniki. Organizowano też w nich ograniczoną produkcję sprzętu lotniczego. W 1921 roku zostaje zorganizowany w oparciu o istniejące zaplecze techniczne 2 Pułk Lotniczy. W połowie lat 20-tych polskie władze wojskowe podjęły decyzję o rozbudowie lotniska. Efektem tego było powstanie drugiego co do wielkości lotniska w Polsce. W 1939 we wrześniu podzieliło los innych polskich baz lotniczych, było kilkakrotnie bombardowane przez niemieckie bombowce. W okresie II wojny światowej lotnisko krakowskie było wykorzystane przez niemiecką Luftwaffe. Stało się jedną z baz lotniczych biorących udział w przygotowaniach do ataku niemieckiego na Związek Radziecki w 1941 roku. W styczniu 1945 roku lotnisko zajęli Rosjanie. W połowie 1945 roku przekazali je polskim władzom wojskowym. W 1963 roku lotnisko Rakowice-Czyżyny zostaje zlikwidowane z powodu rozbudowy kombinatu metalurgicznego i towarzyszących mu osiedli mieszkaniowych. 

Część obiektów dawnego lotniska jest obecnie używana przez Muzeum. Zajmuje ono ocalałe polskie obiekty lotniskowe, w skład których wchodzi duży hangar lotniczy i zaplecze garażowo- Magazynowe, zbudowane na przełomie lat 20- i 30-tych oraz dwa małe budynki zbudowane przez Niemców w okresie ostatniej wojny.


W hangarach dawnego wojskowego lotniska Rakowice-Czyżyny działa jedyne w kraju Muzeum Lotnictwa Polskiego. To stosunkowo mało znane krakowskie muzeum zasługuje na uwagę nie tylko miłośników awiacji. Zalźżek kolekcji stanowiły wraki z różnych zakątków Europy znalezione w magazynach Luftwaffe w wielkopolskim Czarnkowie. Przetransportowano je do Krakowa, a w 1964 r. pokazano po raz pierwszy zwiedzającym. Wśród zgromadzonych eksponatów znajdują się wyjątkowo rzadko spotykane w muzeach Europy egzemplarze aeroplanów. Niektóre z nich to prawdziwe rarytasy, jak oryginalne samoloty, które brały udział w walkach powietrznych w czasie I wojny światowej. Do szczególnie cennych obiektów należą samoloty myśliwskie z okresu II wojny światowej: polski PZL P.11, brytyjski Supermarine Spitfire i niemiecki Messerschmitt Bf 109. 


W muzeum pokazano też repliki pierwszych konstrukcji latających, szybowce, śmigłowce, wojskowe odrzutowce (np. cała kolekcja radzieckich MIG-ów) oraz wycofane z uzbrojenia rakietowe wyrzutnie przeciwlotnicze. Specjaliści i znawcy techniki lotniczej zachwycają się krakowskim zbiorem silników samolotowych. Placówka przedstawia ponad 100 samolotów i innych "powietrznych aparatów", z których wiele odtworzono w trakcie prowadzonych na miejscu żmudnych prac konserwatorskich.

Tekst pochodzi ze strony muzeum

Al. Jana Pawła II 39  30-969 Kraków 
tel./fax: (012) 642 87 00
Dojazd z Ronda Mogilskiego każdym tramwajem jadącym w stronę Nowej Huty 

Godziny otwarcia
PN: 9:00- 15:30- wstęp wolny (tylko ekspozycja plenerowa) 
Wtorek- piątek: 9:00- 16:00 
Soboty i Niedziele: 10:00- 16:00